Ostatnio pisałem o plenerze w stylu DH z Tarnawskim na polach, w końcu do niego doszło. Nie obyło się bez niemiłych niespodzianek. Na miejsce dojechaliśmy, w pobliżu paląca się łąka, zostawiliśmy sprzęt, przeszliśmy 50 metrow i zaczęło się fotografowanie, wszystko ok, ale po mniej więcej 15 minutach - nie wiem dzięki komu, czemu - spojrzałem na zostawiony sprzęt..... Kilka przekleństw i sprint, wokół rowerka się pali! "Are you fucking kidding me?" Fajnie, w sumie to większość uratowałem (komórkę, pieniądze z portfela, obiektyw i rower), w plecy jestem z koszulką - na której było napisane "FIRE IT UP", nigdy więcej nie kupię koszulki z ukrytym przesłaniem!, torbą, futerałami i ogólnie moim kochanym portfelem. Wkurwiony nawet nie robiłem kolejnych zdjęć, a te które zrobione to połowa beznadziejna. Powrót wśród łąk - sielanka, z chęcią rozwaliłbym się na polu (nie tym palącym się) i poopieprzał do końca dnia, ale trzeba wrócic do rzeczywistości, jednak Bartuś wpadł na świetny pomysł zorganizowania rowerowej "przygody" i oby doszła do skutku. A dziś mam rozterki czy kupować lampę czy nie....
Life is kur.. * brutal and full of zasadzkas
see you later
(*Sorki za jakiekolwiek błędy stylistyczne i za przekleństwa)